Na ogół wszyscy boimy się śmierci, czyni nas ona pokornymi i wystraszonymi, czyli takim, jakimi nie są nas w stanie uczynić nawet sfery rządzące państwem. Istniał jednak człowiek, który pomimo, iż śmierć zbliżała się do niego z kosą, nie tylko się nie uląkł, lecz patrzył jej w koścista twarz z uśmiechem.
Machiavelli nie był tchórzem za życia i nie tchórzył gdy wybiła jego ostatnia godzina. Istnieje pewna anegdota opisująca sam moment poprzedzający jego zgon. Nim jednak o tym.
Machiavelli miał sen, w którym zjawili się ludzie wychudzeni, ascetyczni. Na jego pytanie kim są, usłyszał odpowiedz, że świętymi, którzy za swoje cierpienia trafili do raju. Po pewnym czasie zniknęli a ich miejsce zajęli inni - uczeni mężowie rozprawiający z wielką powagą i zatroskaniem o sprawach politycznych - ci tłoczyli się w przedpieklu, gdyż byli poganami. Zapytany później Machiavelli gdzie chciałby trafić odpowiedział:
'Wolę rozprawiać o uczonych sprawach z wielkimi duchami ludzkości, niż nudzić się z motłochem w niebie'.
Również jego śmierć ukazuje nam osobę nieugiętą duchem. Kiedy jego żona Marietta posłała po spowiednika by uczynić odejście małżonka łatwiejszym ksiądz trzykrotnie musiał zadać mu to samo pytanie, za każdym razem głośniej:
'Panie Machiavelli! Czy żałujesz swoich grzechów i wyrzekasz się diabła?'
Po ostatnim wezwaniu, wypowiedzianym przez księdza pełnym głosem Machiavelli wreszcie skierował na niego swe spojrzenie, do tej pory twardo utkwione w suficie i wyszeptał z wielkim trudem:
'Nie tak głośno, proszę! To chyba nie jest właściwy moment, aby przysparzać sobie nowych wrogów.'
zaklej imaginację choćby ropą
żeby tylko twarz nie prześwitywała przez parapet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz